Jest 20 sierpnia 1980 roku. Pracuje tzw. zmiana „D”. Minęło już dwie godziny pracy. Zgniatacz walcuje jak zawsze, rutyna. Kolejne wielotonowe wlewki rozgrzanego do ponad 1000 stopni metalu wyciągane są z pieców wgłębnych, opuszczane na samotok, którym posłusznie przesuwają się do klatki zgniatacza, najważniejszego urządzenia tego ciągu technologicznego. Śruba naciskowa ustawia walce na żądaną szerokość, wlewek wchodzi w walce, za chwilę z drugiej strony pojawia się już nieco cieńszy, wraca z powrotem i znowu ta sama operacja. Po otrzymaniu zadanych parametrów, już w postaci rozgrzanej, ciemnoczerwonej taśmy idzie po kolejnej sekcji samotoku dalej.
Nagle Walcownia Kęsów, która jako następna powinna walcować podawany materiał staje. Czerwone światło. Zazwyczaj sygnalizuje się w ten sposób awarię. Rzeczywiście, na samotoku piętrzy się walcowana taśma. Trzeba ją ściągnąć, ale jakoś nikt się do tego nie pali. Suwnicowi jakby tego nie widzieli. Stoi wykańczalnia, ale na głównym mostku sterowniczym zgniatacza (PU-2) dalej zielone światło, co oznacza, że można walcować. Zaczyna się dziwna bieganina, zamieszanie, jakieś dyskusje. Ludzie czekają co będzie dalej… Wszyscy zaczynają się orientować, że to nie jest awaria, że to nie przypadek.

To magiczne słowo STRAJK wypowiedział Stasiu Żurek, operator zespołu II WCK, tego który stanął pierwszy. Odmówił pracy szefowi wydziału, wykrzykując: „To jest szefie strajk. Ja łamistrajkiem nie będę, taśmy nie ściągnę!”. To bardzo ważny moment. Czy uda się przełamać opór ludzi…, na razie bardzo słaby ?. 
Mietek Kubiak obstawia wykańczalnię. Wspiera go Tadek Szczypczyński. Władziu Janusz biegnie na suwnice kleszczowe,  Janek Zaszczudłowicz idzie w stronę mostka PU-2, kluczowego w tej chwili. Zdzisek Gołdyn, mistrz z Pieców zaczyna się orientować, co się dzieje, więc też idzie z Leszkiem Kaszą na wspomniany mostek. Tam się spotykają. A to oznacza, że Zgniatacz stanął. Jest Strajk!

O tym niezwykłym wydarzeniu natychmiast powiadomiona została dyrekcja Huty. Już po godzinie przyjeżdża dyrektor produkcji Janusz Razowski zwany „Fają”. Jak zawsze próbuje być taki kumpel łata: „no, wicie chłopy, k… ja jestem jednym z was, bierzcie się do roboty”. Ale reakcji nie ma. Ludzie rozchodzą się, nikt nie chce z nim rozmawiać. Nie ma komitetu strajkowego, nie ma postulatów, niby nie wiadomo o co chodzi, ale Zgniatacz stoi!
Teraz kluczowe staje się, aby nie doszło do wznowienia produkcji na „łamaniu zmian”. Przychodzą nowi ludzie, nie wiedzą, co się dzieje, strach, niewiadoma. Najgorzej będzie nazajutrz rano, bo zjawi się nowa zmiana oraz wszystkie służby branżowe, administracja, dużo kadry.

Wówczas przyszedłem do pracy także ja. Byłem starszym mistrzem elektroników. ….Gdy wszedłem na halę, w pierwszej chwili byłem pewien, że jest awaria i to potężna, bo wszystko stało, ale już po chwili to niezwykłe słowo „strajk” dociera także do mnie, dociera do każdego, choćby bardzo tego nie chciał. Jest taka cicha euforia, pomieszana z niedowierzaniem, że to mogło się udać. Nikt nie mówi o Wybrzeżu, ale wielu wie, o co chodzi. Zdarzają się tacy, którzy wyrażają chęć pracy, ale dosyć szybko rezygnują. Inni patrzą na nich wręcz nie rozumiejąc, jak mogą w takiej chwili chcieć pracować. Przecież udał się strajk, a wy chcecie to zniszczyć, zdają się mówić ich pełne wyrzutu oczy. Paradoksalnie w tym samym czasie na Zgniataczu było zebranie partyjne z udziałem kierownictwa, które radziło, jak zapobiec wybuchowi niepokojów, strajkowi lub podobnym wydarzeniom. Ja także byłem członkiem partii. Poszedłem wtedy z opaską na ramieniu i zapytałem, dlaczego nie są z ludźmi…? Wtedy byłem wśród nich ostatni raz.

Z czasem poczucie zwycięstwa zaczyna ustępować racjonalnemu myśleniu. Powstają kolejne, chyba dwa, komitety strajkowe, zaczyna się formułowanie postulatów. Podstawowym postulatem jest żądanie podwyżki o dwa tysiące złotych oraz zwiększenie innych dodatków, w konsekwencji, wzrost zarobków. Idzie to bardzo nieporadnie. Pojawiają się także obawy. Przecież nikt nie wie, co będzie, jak nas aresztują, czy będą bić, czy wywiozą na „wschód”…?

Pracownicy gromadzą się wokół kantorka odpraw koło mostka sterowniczego nr 2. To teraz najważniejsze miejsce na wydziale, może nawet w hucie. Trwają rozmowy, znowu byli z dyrekcji, próbując negocjacji, lecz bez rezultatów. Wyproszono z sali przewodniczącego związku z naszego wydziału Witka Wójcika, bo usiadł podczas rozmów za stołem tam, gdzie dyrekcja, czym niejako opowiedział się, po której jest stronie. Dla niego to nie było nic dziwnego, mówił mi po wszystkim, że zawsze tak siadał. Ludzie nawet go lubili, ale teraz nie chodziło o kumplowskie relacje, rzecz szła o sprawy ważniejsze, o uprawnienia związków zawodowych, możliwość swobodnego wyboru przedstawicieli, wreszcie o niezależność.

Stoję, jak inni, pod mostkiem PU-2. Słucham. Pertraktacje podejmowane z kolejnymi osobami z dyrekcji nie przynoszą rezultatów. Pracownicy żądają przybycia przedstawiciela władz politycznych Krakowa. Wszyscy przecież wiedzą, chociaż o tym się otwarcie nie mówi, że wiele spośród naszych postulatów dotyczy szerszych problemów, wykraczających poza problemy huty, nawet spraw politycznych, informacji na temat wydarzeń na Wybrzeżu. Wokół widzę i czuję zarówno niepewność: co oni (władza) zrobią, ale też i zawziętość. Przy tym wszystkim jest dużo chaosu, zamieszania. Próbuję się wtrącać. 
Ludzie nawet mnie słuchają, ale hełm z paskiem nie budzi ich zaufania. Do tego pracuję tu dopiero dziewiąty miesiąc, niewielu mnie zna. Mimo tej nieporadności widzę, że wydział jest doskonale zabezpieczony. Szczególną uwagę zwraca się na piwnice olejowe i maszynownie ze względu na łatwość dokonania poważnych uszkodzeń. Sam, co jakiś czas, sprawdzam zabezpieczenie maszynowni. Obawa przed sabotażem jest duża. Szybko się przekonuję, że ochrona urządzeń nie wymagała prawie żadnej organizacji, odpowiedzialni za nie pracownicy i kadra robią to samorzutnie. „Komisarz” Gienek Rutkowski, jak go żartobliwie nazwaliśmy, „pilnuje” maszynowni zgniatacza, wspomagają go nasi inżynierowie Eugeniusz Szymaszek (mój szef), Andrzej Siciarz , Romek Milewski, Józek Szuba. Piwnic olejowych i urządzeń energetycznych pilnują Józek Miska i jego ludzie. Zresztą, nasza kadra za przykładem szefa wydziału Stanisława Kosakowskiego zachowuje się przyzwoicie.

Po południu przyjeżdża sekretarz Komitetu Krakowskiego PZPR Henryk Michalski. Rozmowy prowadzone są w tym samym kantorku. Niewiele słyszę. W środku jest tylko kilkunastoosobowy komitet strajkowy i obstawa. Z osób, które znam, w Komitecie był Józek Sawa zwany „Pogrzebnikiem” i Edek Petlic, niewątpliwy przywódca i działacz jeszcze z ‘56 roku, Zygfryd Orczyk – kierownik biura technicznego, elektrycy Eliasz Mróz i Józek Szuba, Zosia Smoter suwnicowa . Załoga stoi wokół kantorka i „podsłuchuje” przez otwarte okna. Co jakiś czas wychodzi ktoś z komitetu, relacjonuje, co tam się dzieje, zadaje krótkie pytania, słucha gremialnych odpowiedzi i wraca. Powtarza się to wielokrotnie. Jasne, że takie negocjacje nie doprowadzą do niczego. Istotnie, rozmowy kończą się bez rezultatów. Tymczasem przybywają przedstawiciele z innych wydziałów, gratulują, życzą nam powodzenia, odpisują postulaty, pytają, dyskutują i znikają.

Następuje zmiana składu Komitetu Strajkowego . Wybrano sześć osób, by łatwiej prowadzić rozmowy. W Komitecie Strajkowym znaleźli się: Janusz Fura, Staszek Jędras, Staszek Marchewka, Edward Nowak, Zygfryd Orczyk i Czesław Szewczuk. Jestem w tej grupie, zgłoszony chyba przez Edka Petlica. Formułujemy postulaty na nowo. Rozszerza się ich katalog. Dopisujemy żądanie poprawy zaopatrzenia rynku, likwidację sklepów Pewex oraz uprzywilejowanie sklepów milicyjnych i wojskowych, zwiększeniem puli nowych mieszkań i inne. Podczas narad komitetu trwa burzliwa dyskusja o poparciu robotników Wybrzeża, o wyborach w związkach zawodowych. Ostatecznie pojawiają się tylko ostrożne wnioski polityczne. Odczytujemy postulaty załodze. Są prawie wszyscy robotnicy, pracowników administracji nie ma, kadry niewiele.
Komitet Strajkowy Zgniatacza obraduje prawie cały czas. Przyjmujemy założenie, że jeśli do rana poprze nas choćby jeden wydział huty, będziemy kontynuować strajk, jeżeli nikt nas nie wesprze, to zakończymy strajk i przyjmiemy warunki dyrekcji, walcząc o jak najwięcej. Sporo czasu zajmuje nam przyspieszone uczenie się systemu płac, taryfikatorów, uprawnień pracowniczych. Chcemy być – choć trochę – przygotowani do negocjacji. Analizujemy postulaty, przygotowując uzasadnienia.

W nocy przybywa „Faja” czyli dyrektor Razowski. Staje na schodkach. Podchodzi do niego kolega z postulatami. Gdy tylko rzucił na nie okiem, odpowiedział: „gdzie ja znajdę takiego frajera, co to ode mnie weźmie?”. Po tych słowach wszyscy – jak na komendę – odwracają się. Zbiega ze schodków, próbuje obrócić to w żart. Nikt nic nie mówi, wszyscy odwracają się do niego plecami. Ma to w sobie coś z symbolu.

Wreszcie ranek. Nie poparł nas żaden wydział blisko czterdziestotysięcznej huty.
Dostajemy informację, iż o dziesiątej na spotkanie z nami przyjedzie dyrekcja. Niestety, dajemy się zwieść tym szczwanym lisom na rozmowy w budynku administracyjnym. Trwają one około 3,5 godziny. Negocjujemy punkt po punkcie. Kwestie będące w kompetencji dyrekcji huty, choć z trudem udaje się uzgodnić. Gdy zaczynamy mówić, że popieramy wcześniejszy strajk Zakładu Mechanicznego, że – chociaż nie znamy postulatów i nie mamy informacji – popieramy robotników Wybrzeża, dyrektorzy rozkładają bezradnie ręce. Zdają się mówić: „na to nic nie poradzimy, to trzeba załatwiać wyżej”. Zrezygnowani, podpisujemy porozumienie. Otrzymujemy także pisemne gwarancje bezpieczeństwa dla strajkujących i kierujących strajkiem. Udało się wywalczyć to i owo, wszyscy jednak czujemy przegraną. Po blisko trzech dniach strajku poddaliśmy się. Nikt nie cieszył się z tego, co wywalczyliśmy. Strajk, jak zapisałem, zakończył się dokładnie o godzinie 15.15, 22 sierpnia 1980 roku. 
Pieczołowicie chowam oryginalną listę postulatów Walcowni Wstępnych P-60 (Zgniatacz i WCK) oraz zobowiązanie nierepresjonowania nas, napisane ołówkiem kopiowym (stąd miejscami tekst jest nieczytelny, co zostało zaznaczone wykropkowaniem).

Zdjęcie załogi Zgniatacza z 3 maja 1981 roku mojego autorstwa.

Edward E. Nowak