Solidarność to znaczy razem

Piotr Poniedziałek obchodzi 60. urodziny

Piotr Poniedziałek obchodzi 60. rocznicę urodzin, aż trudno uwierzyć...

Życzymy naszemu koledze zdrowia, pogody ducha i dalszej aktywności zawodowej, obywatelskiej i sieciowej. Z wdzięcznością za lata działalności opozycyjnej, którą rozpoczął już jako piętnastolatek i kontynuował w stanie wojennym aż do wolności w 1989 roku. Polecamy Jego ciekawą książkę "Moja Niepodległość", w której opisuje dzieje swojej rodziny ale także własną drukarską pracę podziemną.

Stowarzyszenie "Sieć Solidarności"

Piotr Poniedziałek (1966) jest absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Akademii Górniczo-Hutniczej (podyplomowe).

Jako 15-latek rozpoczął działalnośćopozycyjną wredakcji niezależnego pisma "Vis". Powprowadzeniu stanu wojennego w początkach 1982 organizator i uczestnik kolportażu podziemnych pism, oraz akcji ulotkowych; współzałożyciel Koła Oporu Społecznego 241 Kraków Region Małopolska; drukarz, kolporter podziemnego pisma "Zomorządność" oraz ogromnej ilości innych pism podziemnych.

Prowadzi własnądziałalność gospodarcza w zakresie przygotowania do druku, publikacji książek i czasopism oraz projektowania stron internetowych.

Członek Klubu Wysokogórskiego w Krakowie, uczestnik terenowych zawodów sportowych, zapalony fotograf przyrody. Członek Stowarzyszenia SiećSolidarności oraz administrator naszej strony internetowej.

Autor książki "Moja Niepodległość". Wydawnictwo: Księgarnia Akademicka. Seria Pokolenie Solidarności. Kraków 2022

Uhonorowany Medalem "Dziękujemy za wolność" (2016), Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności (2021)

Biogram :

https://www.sss.net.pl/biogramun,poniedzialek-piotr,72.html

Poniżej fragmenty jego książki: Moja Niepodległość":

***

(...)

[Na początku stycznia 1982] pojawiły się plany drukowania ulotek. Pomysł wyszedł od Maćka [Kusia], który rozmawiał o tym z kolegą Jurka Mohla i Marka Bika, Kubą Tasiorem. Tasior, jak wszyscy na niego mówili, zadeklarował, że może nam udostępnić na ten cel swoją piwnicę. Maciek załatwił matryce, na których Jacek [Lichoń] na próbę przepisał na maszynie do pisania tekst jakiejś ulotki. Ktoś zdobył ramkę do druku. Przypomnieliśmy sobie wtedy, że mamy tysiąc kartek papieru, które wydębiłem od wujka na druk "Visa". Tak więc teoretycznie dysponowaliśmy lokalem i sprzętem. Ale tylko teoretycznie. Piwnica Tasiora, mieszkającego przy ulicy 18 Stycznia (obecnie Królewska), okazała się tak mała, że z trudem mieściliśmy się w niej we czterech, a na korytarzu słychać było każde wypowiedziane tam słowo. Dodatkowo coś było nie w porządku ze sprzętem. Założyliśmy matrycę, nałożyliśmy farbę - i nic. Po przejechaniu wałkiem kartka wciąż pozostawała pusta. Przez godzinę próbowaliśmy coś wydrukować - bez żadnego efektu. Zabraliśmy więc sprzęt i rozjechaliśmy się do domów. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że nasza próba nie mogła się powieść, bo próbowaliśmy drukować, używając nieodpowiedniej części matrycy. Tę właściwą usunęliśmy i wyrzuciliśmy, a użyliśmy podkładki pod matrycę, która nie nadawała się do niczego innego, jak tylko do kosza.

(...)

*

(...)

Wkrótce, dzięki swoim kontaktom, Maciek zaczął nam dostarczać do kolportowania spore ilości ulotek oraz czasopismo "Niepodległość", wydawane przez KPN Obszar II Kraków. Na przełomie grudnia i stycznia Konfederacja była właściwie jedyną sprawnie działającą organizacją w Krakowie, więc najwięcej informacji i druków pochodziło właśnie od niej. Nie mieliśmy możliwości drukowania, zajęliśmy się więc rozrzucaniem i rozklejaniem ulotek na mieście. Czasami umawialiśmy się na akcję we trzech, a czasami chodziliśmy na nią we dwóch. Z Jarkiem [Gryczem] wyspecjalizowaliśmy się w klejeniu. Szło nam to całkiem nieźle. Nosiłem w kieszeni kurtki tubkę z klejem, a Jarek zwinięte ulotki. Kiedy upatrzyliśmy miejsce, którym zwykle była szyba jakiegoś sklepu albo drzwi budynku, albo przystanek tramwajowy lub autobusowy, albo po prostu gładka ściana, Jarek wyciągał ulotkę, ja polewałem ją klejem i bach... Jarek przyklejał ją w wybranym miejscu. Szczerze powiedziawszy, nie zazdrościłem tym, którzy potem musieli zeskrobywać nasze ulotki przyklejone butaprenem. Ale cóż, walka to walka. Ponieważ wszystko musiało być robione szybko, więc nie było czasu, żeby tubki jakoś czyścić przed wsadzeniem do kieszeni. Chodziłem zatem w kurtce z kieszeniami zapaskudzonymi klejem, którego nie dało się w żaden sposób sprać. Starałem się zasłaniać te plamy, jednak mimo moich usilnych prób były one widoczne i aż dziw bierze, że nikt nie zwrócił na nie uwagi. Może po prostu koledzy i koleżanki [w szkole] uważali mnie za flejtucha, który nie dba o strój. Czasami zmienialiśmy się z Jarkiem rolami, ale w takim układzie, jak opisałem, szło nam najsprawniej. Spędzaliśmy tak kilka wieczorów w tygodniu.

Niekiedy dostawaliśmy też do rozprowadzenia spore ilości dwustronnie wydrukowanych gazetek, których rozklejać się nie dało. Wtedy robiliśmy rundkę po krakowskich kościołach, rozkładając je przy klęcznikach. Czasami nie byliśmy mile widziani - księża chyba obawiali się prowokacji. Pamiętam, że kiedyś odwiedziliśmy kościół Bonifratrów na Krakowskiej. Weszliśmy do przedsionka, uklękliśmy, wyciągnęliśmy bibułę i zaczęliśmy ją rozkładać. Nagle usłyszeliśmy potężny głos z głośników:

- Brać to i wynocha stąd. I to już.

Nie zastanawiając się ani chwili, jednym ruchem zebrałem kartki, wsunąłem je pod kurtkę i czym prędzej ulotniliśmy się stamtąd.

Część bibuły rozkładaliśmy na przystankach, ale osobiście nie lubiłem ich tam umieszczać, bo wydawało mi się, że leżą za bardzo na widoku i są łatwe do znalezienia oraz usunięcia przez odpowiednie służby lub jakichś nadgorliwców.

Bibułę nosiliśmy na ogół wetkniętą w spodnie. Łatwo było ją stamtąd wyciągnąć i trudno zobaczyć. Przenoszenie w reklamówkach było zbyt niebezpieczne, a w kieszeniach można było trzymać tylko małe ilości wydruków. My natomiast mieliśmy przy sobie często po kilkaset ulotek.

Najwięcej materiałów do rozklejenia i rozrzucenia było przed planowanymi mszami i demonstracjami w kolejne miesięcznice wprowadzenia stanu wojennego. Ulotki zawierały wtedy, oprócz wezwania do oporu wobec władz, przede wszystkim apele o udział w uroczystościach i ich program.

(...)

*

(...)

W styczniu lub lutym na mszy za ojczyznę Maciek spotkał Andrzeja Załuskiego, kolegę, z którym w poprzednim roku pomagał przy falcowaniu "Gońca Małopolskiego". Andrzej miał pewne pojęcie o drukowaniu, więc była szansa, że wreszcie uda nam się ruszyć z drukiem. Dokooptowali jeszcze Witolda Tukałłę, działacza KPN-u i Komitetu Odbudowy Kopca Józefa Piłsudskiego, którego Maciek również znał jeszcze z czasów legalnej Solidarności. Andrzej wymyślił, żeby powstającemu kołu nadać numer sugerujący, że takich kół jak nasze jest dużo, tak więc od tej pory występowaliśmy pod nazwą Koło Oporu Społecznego 241. Koło z założenia miało wydawać regularne czasopismo w nakładzie kilkuset egzemplarzy pod nazwą "Biuletyn Koła Oporu Społecznego 241". Jego pierwszy numer został wydrukowany w mieszkaniu Witka przy użyciu zwykłej maskownicy fotograficznej, na którą koledzy nałożyli pieluchę nasączoną farbą i matrycę. Sposób ten wykorzystywaliśmy także później, tylko maskownicę zastąpiliśmy szybą. Będę jeszcze pisał o tej technice druku. Numer ten zawierał oświadczenie komisji regionalnej, o którym pisałem wyżej, odezwę do Polaków firmowaną przez członka Prezydium ZR "Małopolska" (wydaje mi się, że jej autorem był ojciec Maćka Stanisław Kuś, który przekazał ją Maćkowi w trakcie odwiedzin w obozie internowania w Załężu), grudniowy apel Lecha Wałęsy wzywający do strajkowania i podejmowania biernego oporu oraz coś, co dotyczyło nas bezpośrednio, czyli apel o zakładanie Kół Oporu Społecznego podpisany przez Grupę Założycielską KOS NSZZ "Solidarność" Małopolska. Nasze czasopismo miało objętość jednej kartki formatu A4. Jak powiedział mi Maciek, drugiej strony wydrukowali mniej niż pierwszej, bo pękła im matryca. Tak więc część wydania była niekompletna.

W dwupokojowym mieszkaniu Tukałłów (Witek mieszkał w nim z żoną, która również działała w podziemiu, córką oraz swoją mamą), nie było warunków do drukowania, dlatego przenieśli drukarnię do mieszkania Krystyny Załuskiej, które większe co prawda nie było, ale mniej zagęszczone (mieszkał w nim tylko Andrzej ze swoją mamą). Mieściła się tam nie tylko drukarnia, ale i redakcja. Nie mieliśmy takich możliwości, żeby te dwie rzeczy rozdzielić między osobne lokale. Przy okazji przeprowadzki czasopismo zmieniło też nazwę na "Zomorządność". Wymyślił ją Andrzej i miała podkreślać charakter panującego aktualnie w kraju systemu. W jego zamyśle miało to być początkowo czasopismo satyryczne, ale wycofał się z tego pomysłu, kiedy stwierdził, że nie jest w stanie zdobyć odpowiedniej ilości dowcipów.

Po otrzymaniu od Maćka drugiego numeru zawierającego już w winiecie nazwę "Zomorządność" pokazałem go z dumą mamie.

- Zapamiętaj tę nazwę. To nasze własne czasopismo. Wszyscy będą ją znać.

Pokiwała głową z niedowierzaniem, ale miałem rację. Z "Zomorządnością" związany byłem przez kolejnych siedem lat, a według mojego rozeznania należała przez ten czas do kilkunastu najbardziej znanych krakowskich czasopism podziemnych.

Maciek nie od razu przekazał mi oraz Jackowi i Jarkowi informację o kontaktach z Andrzejem i Witkiem. Dopiero po jakimś czasie przyznał się, że zakładają w kilka osób drukarnię i będą wydawać czasopismo. Byliśmy z Jackiem trochę źli, że nas z tego wyłączył. Wyjaśnił, że lokal jest mały, a ludzi za dużo i właściciele lokalu nie chcą, żeby jeszcze ktoś do nich przychodził, a my mamy zająć się kolportażem.

Nie wiedziałem wtedy, że drukarnia znajduje się dosłownie sto metrów od miejsca, gdzie mieszkałem, na pierwszym piętrze czteropiętrowego bloku, koło którego codziennie rano przechodziłem w drodze do szkoły. Co prawda, nietrudno było się domyślić, że jest ona gdzieś niedaleko, bo Maciek czasami wychodził ode mnie i wracał po niecałej godzinie z nową partią bibuły, ale nie przypuszczałem, że aż tak blisko.

Maciek, Andrzej, Witek i pani Załuska, a później także Jacek i ja uważaliśmy, że mamy obowiązek rozpowszechniać wszelkie dostępne materiały zarówno Solidarności, jak i KPN-u oraz pomagać tym, którzy nie mają możliwości drukowania. Dlatego w tym czasie oprócz naszego czasopisma w drukarni "Zomorządności" powstawał też dodruk "Aktualności" wydawanych przez Regionalną Komisję Wykonawczą "Solidarności", a także drukowano na prośbę Marka Bika kapeenowską "Niepodległość" oraz sporo ulotek okazjonalnych.

Z perspektywy Andrzeja Załuskiego i jego mamy byliśmy wtedy grupą Maćka. Andrzej założył więc własną grupę, której głównym zadaniem było początkowo kolportowanie i rozklejanie ulotek oraz malowanie na murach, ale która miała też wykonywać w razie potrzeby pewne zadania specjalne. Właściwie zrealizowała chyba tylko jedno takie zadanie, za to dosyć spektakularne, o czym jeszcze napiszę. Szefem tej grupy był Piotrek Kowalski, którego poznałem kilka miesięcy później. Należeli do niej poza tym Stanisław Furman, Maciej Zieliński, jego brat Krzysztof Zieliński oraz Bronisław Nowowiejski. Prawdopodobnie pod koniec marca Andrzej załatwił, korzystając ze swoich znajomości w zakonie kapucynów, lokal na drukarnię w podziemiach klasztoru przy ulicy Loretańskiej. Zawiózł tam sprzęt do druku i rozpoczął szkolenie drukarskie swojej grupy. Zgodnie z jego relacją wydrukowali w tym lokalu pewną ilość ulotek. Drukarnia ta działała bardzo krótko.

(...)

*

(...)

Po jakimś czasie praca przy kolportażu przestała mi wystarczać, a dodatkowo drukarnia u Andrzeja miała ograniczone moce przerobowe. Zacząłem więc dążyć w marcu do utworzenia drugiej drukarni. Problem był jednak z lokalem. Widziałem tylko jedno rozwiązanie: nasze mieszkanie. Wymagało to oczywiście zgody moich rodziców, a wcale nie byłem pewien, czy ją wyrażą - w końcu drukarnia to znacznie większe ryzyko niż kolportaż. Poza tym mama była już wtedy zaangażowana w działalność nieformalnej grupy inicjatywnej Solidarności na Akademii Rolniczej, co wiązało się z dodatkowym zagrożeniem - ludzie, którzy mieli w domu drukarnię, nie powinni byli angażować się w inną nielegalną działalność. Grupa ta była jednak dosyć dobrze zakonspirowana, więc uznałem, że ryzyko nie jest zbyt duże. Odbyłem z mamą rozmowę i udało mi się ją przekonać, a ona wzięła na siebie przekonanie taty. Nie był zachwycony, chyba głównie dlatego że widział, iż działalność wciąga mnie coraz bardziej, a nauka poszła w kąt, lecz ostatecznie wyraził zgodę. Poinformowałem o tym kolegów i uzyskaliśmy od Maćka zapewnienie, że skombinuje nam jakiś sprzęt do druku. Musieliśmy jednak na to trochę poczekać.

(...)

*

(...)

Był początek kwietnia i Maciek zawiadomił nas, że chcą z Andrzejem przeprowadzić dużą akcję ulotkową w czasie mszy rocznicowej w kościele Mariackim 13 kwietnia.

Mieliśmy się tym zająć we trójkę, czyli Jacek, Jarek i ja. Omawiając całą sprawę, doszliśmy do wniosku, że musimy pojawić się tam wcześniej, bo przed samą mszą może być dużo tajniaków. Ponieważ każdy z nas miał nieść pod kurtką spory pakiet ulotek, więc istniało niebezpieczeństwo, że któryś z nich to zauważy. Bibułę do rozrzucenia Maciek przyniósł do mnie dzień wcześniej. Nie krył się już wtedy z tym, że drukarnia, z której przynosi materiały, jest gdzieś blisko. Zabraliśmy ulotki dla Jarka, z którym byliśmy umówieni pod kościołem.

Po mszy mieliśmy wziąć udział w demonstracji i napisać z niej relacje.

(...)

Ostatecznie zdecydowaliśmy, że na miejscu będziemy na godzinę przed mszą. Do kościoła weszliśmy bez problemu i w przedsionku daliśmy Jarkowi jego przydział. Każdy z nas miał po około dwieście kartek na brzuchu i dwieście na plecach. To było jak pancerz, w którym trudno było się zgiąć, ale jakoś udało nam się usiąść w ławkach bez zwracania uwagi. Ja i Jacek zajęliśmy miejsca w tej samej ławce, na dwóch jej końcach, tak żeby każdy z nas miał łatwy dostęp do innych naw. Jacek siedział przy nawie lewej, a ja od strony nawy głównej. Jarek usiadł w tym samym rzędzie przy nawie prawej. Musieliśmy tak spędzić, prawie się nie ruszając, ponad dwie godziny w zimnym kościele. Ubrałem się zbyt lekko i strasznie zmarzłem - nawet gruba warstwa bibuły nie była w stanie zatrzymać ciepła. Dodatkowo w czasie mszy, ze względu na mój "pancerzyk", miałem problemy z wstawaniem i klękaniem. Z utęsknieniem czekałem więc na jej zakończenie. Dopiero pod sam koniec adrenalina zaczęła podnosić temperaturę ciała. Tuż przed końcem mszy rozpiąłem kurtkę, złapałem przez sweter plik kartek i wysunąłem je ze spodni, tak żeby było je łatwo wyjąć. Widziałem, że Jacek zrobił tak samo. Kiedy ksiądz powiedział: "Idźcie, ofiara spełniona", i ludzie zaczęli wstawać, przystąpiliśmy do działania. Wyjęliśmy ulotki i zaczęliśmy rozdawać wszystkim naokoło. Wyszedłem z ławki na przejście i dawałem je każdemu, kto wyciągał rękę. Właściwie nawet nie musiałem dawać, bo ludzie wręcz wyrywali mi kartki. Jakiś facet stwierdził: "Tylko tylu was jest? Niech pan da, pomogę." Wziął ode mnie część wydruków i zaczął rozdawać. Nie wiem, czy wszystko trwało dwie minuty. W tym czasie większość ludzi opuściła kościół, bo przed wejściem miała uformować się manifestacja. Ponieważ nie mieliśmy już nic do rozdania, a tłum przerzedzał się coraz bardziej, więc ktoś rzucił hasło: "Idziemy". Odwróciliśmy się na pięcie i wmieszaliśmy między ludzi. W kościele na pewno byli tajniacy, którzy mogli spróbować wyciągnąć nas potem z tłumu, dlatego musieliśmy szybko znaleźć się tam, gdzie był on najgęstszy.

(...)

Wydawało się, że wszystko poszło po naszej myśli. Tymczasem jednak Służbie Bezpieczeństwa prawie udało się zlikwidować nasze czasopismo.

Czternastego po południu wpadł do mnie niespodziewanie Maciek z informacją, że chyba coś złego dzieje się u Załuskich. Przy okazji dowiedziałem się, gdzie i u kogo znajdowała się drukarnia. Okazało się, że miał przyjechać do nich po szkole, ale był tak zmęczony, że postanowił najpierw trochę się przespać. Kiedy spóźniony dotarł na Prokocim i przyszedł pod blok, zauważył, że doniczka z kwiatkiem w oknie jest przesunięta, co było umówionym znakiem, że nie należy wchodzić na górę. Nie zatrzymywał się więc i pomaszerował prosto do mnie. Nie siedział jednak u mnie długo, po chwili stwierdził, że musi się z kimś skontaktować, i wyszedł.

O ile dobrze pamiętam, dopiero po kilku dniach udało mu się porozumieć z żoną Witka Tukałły i dowiedział się, że Witek został aresztowany. Wtedy stało się jasne, że drukarnia wpadła. Wszystkie wydarzenia poskładaliśmy do kupy znacznie później, a wyglądały one następująco.

Kiedy 13 kwietnia Maciek i Andrzej skończyli drukować ulotki dotyczące [wyklaskiwania] Czerny-Stefańskiej, zabrali je i pojechali osobno na Rynek. Maćkowi wydawało się, że wokół kościoła kręci się dużo tajniaków, więc postanowił, że nie będzie niczego rozrzucał. Spotkał wtedy Artura Mohla, który dowiedziawszy się, że Maciek ma ulotki, zadeklarował, że je rozprowadzi. Uklęknął, udając, że sznuruje buta, a tymczasem wyjął ulotki ze skarpetek Maćka, po czym rozrzucił je wśród ludzi stojących przed kościołem. W związku z tym Maciek stwierdził, że sprawa jest załatwiona, i poszedł na mszę. Andrzej natomiast po mszy zdecydował, że ulotki rozrzuci samodzielnie. Kiedy szurnął częścią z nich ponad tłum, zobaczył, że przygląda mu się jeden z tajniaków. Zaczął uciekać w ulicę Floriańską. Widział, że dwóch esbeków rzuciło się za nim w pogoń, ale udało mu się ich zgubić. Skręcił w ulicę Świętego Tomasza, a potem poszedł ulicą Świętego Jana w kierunku Rynku, pozbywając się po drodze reszty ulotek. Następnie próbował dotrzeć pod kościół, żeby wziąć udział w demonstracji. Zapomniał, że na rogu Świętego Jana i Rynku znajduje się budka milicyjna, która wtedy była punktem zbornym dla esbeków. Stali przy niej ci dwaj tajniacy, którzy go gonili. Zaszli go od tyłu, wykręcili ręce, przyłożyli kilka razy pałą, po czym zaprowadzili do budy stojącej koło ratusza, a następnie samochodem osobowym przewieźli na Mogilską.

Po jego aresztowaniu funkcjonariusze SB stwierdzili, że skoro rozrzucał ulotki, to może znajdą coś u niego w mieszkaniu, no i znaleźli drewnianą maszynę do powielania, która była bardziej modelem powielacza, niż faktycznym powielaczem, oraz maszyny do pisania, matryce i trochę bibuły. Na szczęście nie było tam już ramki, którą Andrzej zawiózł tydzień wcześniej do Kapucynów, ale była tak zwana szyba, której w ostatnim czasie używali do drukowania. Prawdopodobnie jednak esbecy nie połapali się, do czego może służyć tak proste urządzenie, bo za najbardziej obciążające uznali posiadanie modelu powielacza.

Aresztowano nie tylko Andrzeja, bo SB postanowiła urządzić u niego kocioł. Najpierw wpadł w niego Waldemar Czyż, były archiwista w zarządzie regionu, który przychodził do Załuskich w celach towarzyskich i w ogóle nie wiedział, że znajduje się tam drukarnia, a potem Witek Tukałło.

(...)

*

(...)

Nie wiedzieliśmy o inicjatywie Andrzeja związanej z jego grupą i lokalem u Kapucynów, więc potrzeba uruchomienia nowej drukarni wydawała nam się paląca. Byliśmy pewni, że aresztowanych kolegów połączono z "Zomorządnością", a w związku z tym należało wydać następny numer jak najszybciej, bo inaczej SB mogłaby mieć poszlakowy dowód na to, że zlikwidowała ważną drukarnię, co mogłoby ją zachęcić do zwiększenia nacisków na Andrzeja i Witka. Poza tym zbliżała się wiosna, a zgodnie z powtarzanym powszechnie hasłem: "Zima wasza, wiosna nasza", wszyscy spodziewali się jakiejś rewolucji. Dlatego Maciek zadziałał na dwa fronty.

Po pierwsze, znalazł kogoś do wydrukowania kolejnego numeru. Był nim polecony przez Marylę Łenyk działacz Solidarności z politechniki Stanisław Zamojski. Staszek wydawał wtedy czasopismo "Stamtąd" i w ramach pomocy zgodził się wydrukować siódmy numer "Zomorządności".

Po drugie, zdecydował się wreszcie znaleźć dla nas jakiś sprzęt. Gdybyśmy wiedzieli, że urządzenie będzie tak bajecznie proste, być może zaczęlibyśmy drukować już wcześniej. W każdym razie ósmy numer mieliśmy wydrukować już u mnie.

(...)

Mniej więcej tydzień po wpadce Andrzeja Maciek umówił się ze mną i Jackiem w moim mieszkaniu (od tej pory będę pisał "moim", ale oczywiście jest to skróty myślowy, bo chodzi o mieszkanie moich rodziców). Miał przynieść sprzęt do drukowania, bo farba i papier były już u mnie. Byłem pewien, że udało mu się załatwić ramkę, ale kiedy przyszedł, okazało się, że przyniósł coś jeszcze prostszego.

- Będziemy drukować na szybie. To trochę wolniejszy, choć całkiem niezły sposób - stwierdził i wyciągnął z siatki coś, co wyglądało na brudną szybę.

- Już ktoś na tym drukował -- wyjaśnił.

Oprócz tego wyjął duży metalowy wałek do ciasta.

- Macie historyczny wałek. Podobno używali go jeszcze w latach siedemdziesiątych do drukowania ulotek.

- Kto?

- Nie wiem, chyba jacyś ludzie powiązani z KOR-em.

Wysupłał jeszcze z siatki długą i grubą skarpetę.

- A to co?

- Skarpetka. Musi być, żeby wygładzić wszelkie nierówności - powiedział i założył ją na wałek.

- Rozumiem, że to skarpeta Michnika. - Roześmiał się Jacek. - Mam nadzieję, że wyprana.

- Oczywiście, że nie, nie będziemy niszczyli historycznych skarpet - odparł Maciek.

Od tej pory ten niezbędny element nazywaliśmy już zawsze skarpetą Michnika.

(...)

(...)

Postanowiliśmy, że na potrzeby drukarni zaanektujemy łazienkę, której wygląd opisywałem wcześniej. Wysunęliśmy na środek pralkę i rozłożyliśmy na niej ceratę dla ochrony przed farbą. Blacha na wierzchu pralki odrobinę uginała się pod naciskiem wałka, jednak nie na tyle, żeby szyba mogła pęknąć. Kiedy pralka stała na środku, z trudem można było przecisnąć się między nią a umywalką, ale musiałem sobie z tym jakoś radzić, kiedy chciałem wyjść do przedpokoju. Oczywiście za każdym razem przed drukowaniem musieliśmy wszystko rozkładać, a po drukowaniu składać tak, żeby nie zostawał żaden ślad. Ponieważ pralka była wysoka, więc nie dało się siedzieć w trakcie pracy. Ten, kto pracował wałkiem, czyli po prostu "wałkował", stał przy wannie, a nakładający i odbierający kartki przy drzwiach. Maciek wyjaśnił nam zasadę, ale różne drobiazgi musieliśmy dopracować. Drukowanie na szybie było bardzo proste i jak się okazało, miało sporo zalet w porównaniu z ramką, chociaż przebiegało wolniej.

(...)

(...)

Przez pierwszy rok nasze czasopismo ukazywało się mniej więcej regularnie co tydzień, szybko wpadliśmy w wir pracy. Musieliśmy drukować "Zomorządność" w nakładzie, który wtedy wynosił już 800 egzemplarzy, a wkrótce potem zaczął się zwiększać, osiągając w czerwcu 1500, a we wrześniu 2500 egzemplarzy. Drukowanie kapeenowskiej "Niepodległości" przejął w całości Marek Bik, więc to jedno czasopismo nam odpadło, ale drukowaliśmy wszystko, o co tylko ktoś nas poprosił. W kwietniu i maju nie mieliśmy ani jednego wolnego popołudnia i wieczoru. Najlepsze oczywiście były do pracy wolne soboty i niedziele, bo mieliśmy wtedy całe dni dla siebie. Umawialiśmy się zaraz po szkole i drukowaliśmy często do dziesiątej wieczorem. Jacek i Maciek musieli wyjść na tyle wcześnie, żeby dojechać do siebie przed godziną policyjną, która zaczynała się o 23.00 Zdarzało się, że wychodzili tak późno, iż środkami komunikacji publicznej absolutnie nie dotarliby na czas. Łapali wtedy taksówki, których koszt trzeba było pokrywać z niewielkich zasobów finansowych KOS-u, albo odwoziła ich moja mama. Pracy mieliśmy tyle, że zaczęliśmy drukować również po nocach. Najczęściej na nocki zostawał u mnie Jacek, ale Maćkowi też się to zdarzało. Były takie momenty, kiedy wręcz zasypiałem na stojąco.

Pamiętam, jak drukowaliśmy kiedyś z Jackiem przez dwie doby, robiąc sobie przerwy tylko na jedzenie. Drugiej nocy, gdzieś około piątej nad ranem, postanowiliśmy przerwać, bo opadliśmy z sił. Staliśmy przy szybie od prawie 48 godzin. Miałem wtedy taki zwyczaj, że chodziłem po mieszkaniu cały czas na bosaka, więc kiedy stałem w łazience na ciągle wilgotnej podłodze, czułem, jak ciągnie mi po nogach zimno. Miałem wtedy naprawdę dość. Nie wiem, jak doszedłem do pokoju, ale w pewnym momencie poczułem, że ktoś ciągnie mnie za rękę i cicho woła:

- Ej co ty robisz, złaź stamtąd.

Otworzyłem oczy i zobaczyłem zwijającego się ze śmiechu Jacka, który usiłował ściągnąć mnie ze skrzyń, które służyły w naszym pokoju zarówno za pojemniki na pościel, jak i krzesła. Śpiąc na stojąco, wlazłem na jedną z nich i stałem tam, kołysząc się ku uciesze kolegi.

Rozbudziłem się na tyle, żeby zejść i rozłożyć sobie łóżko. Runąłem na nie, nie wyciągając oczywiście nawet pościeli. Nie mogliśmy jednak spać długo, bo co prawda była wtedy niedziela, ale rodzice i tak wstawali wcześnie. Tymczasem cały przedpokój i mój pokój zarzucone były wydrukowanymi kartkami, a w łazience z trudem można było skorzystać z umywalki. Teraz trzeba było to wszystko jakoś ogarnąć. Tata przesunął pralkę pod ścianę, żeby mama mogła dostać się do wanny, lecz rodzice nie wiedzieli, czy mogą już poskładać bibułę. Wytrzymali do jedenastej, potem bezceremonialnie nas obudzili.

(...)