Solidarność to znaczy razem

Wspomnienia Barbary Labuda

Barbara Labuda  (z domu Ciesielska) - działaczka opozycji demokratycznej w czasach PRL-u,  Solidarności lat 1980 - 1989, więzień polityczny, polityk, posłanka na Sejm X, I i II kadencji, minister w Kancelarii Prezydenta RP, ambasador RP w Luksemburgu.

Absolwentka Instytutu Filologii Romańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, studentka historii literatury, politologii i socjologii na Uniwersytecie Paryskim, doktor nauk humanistycznych.  Była współpracowniczką KOR-u, następnie KSS KOR-u, uczestniczką wykładów Uniwersytetu Latającego. Od września 1980 działała w Solidarności jako doradca Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ „S”, następnie Zarządu Regionu Dolny Śląsk NSZZ „S”. Była założycielką i szefową Wszechnicy Związkowej. W dniach 13-16 grudnia 1981 uczestniczyła w strajku w VII Zajezdni Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego oraz w Państwowej Fabryce Wagonów Pafawag we Wrocławiu. Po pacyfikacji tych zakładów ukrywała się. W 1982 była członkiem Regionalnego Komitetu Strajkowego Dolny Śląsk, odpowiedzialna za kontakty międzyregionalne i współpracę z zagranicą oraz podziemną prasą. W październiku 1982. została aresztowana i skazana na 1 rok i 6 miesięcy więzienia. W lipcu 1983 została zwolniona na mocy amnestii. Od 1987 była członkiem  i rzecznikiem Regionalnej Komisji Wykonawczej (RKW) NSZZ „S” Dolny Śląsk oraz  redaktorem naczelnym podziemnego pisma „Region”.

W 1990 była współzałożycielką partii Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna, w latach 1991-1995 była działaczką Unii Demokratycznej i Unii Wolności. 1989-1997 była posłem RP z listy Komitetu Obywatelskiego „S”, Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Była założycielką i przewodniczącą Parlamentarnej Grupy Kobiet. Jest autorka ustawy sejmowej znoszącej w 1990 cenzurę panującą w Polsce przez 45 lat. W swej pracy parlamentarnej poświęciła się obronie wolności światopoglądowych, praw kobiet i mniejszości religijnych oraz narodowych.  Od 1996. była podsekretarzem, a od 1998. sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, kierującą  Biurem ds. Społecznych, Kultury i Współpracy z Organizacjami Pozarządowymi w Kancelarii Prezydenta. Założycielka i Prezeska Fundacji Pomoc Kobietom oraz Stowarzyszenia na rzecz Praw i Wolności Bez Dogmatu. W latach 2005-2010 piastowała urząd ambasadora RP w Luksemburgu. W 2005 opublikowała książkę „Poszukiwania”.

Została odznaczona francuską Legią Honorową i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

Barbara Labuda, Warszawa, kwiecień 2017

W czasie Karnawału Solidarności, po raz pierwszy i jednocześnie ostatni w moim życiu, miałam tak wszechogarniające poczucie braterstwa. W sensie moralnym i emocjonalnym, a także politycznym to było coś cudownego.

 

Polityczny chrzest bojowy przeszłam w roku 1968., w marcu. Studiowałam wtedy Romanistykę w Poznaniu. Razem ze studentami różnych uczelni stałam na cokole pomnika Adama Mickiewicza i krzyczałam do robotników Cegielskiego - „chodźcie z nami!”. Obok mnie stał Rysio Krynicki i paliliśmy Trybunę Ludu. Potem Rysio napisał swój słynny wiersz zadedykowany Michnikowi I naprawdę nie wiedzieliśmy, w którym pisze - „paliliśmy papierosy i kłamliwe gazety”.

Nie wyrzucili mnie wtedy z uczelni. Uratował mnie Staszek Barańczak, który był w egzekutywie PZPR-owskiej. Wstawił się też za  kilkoma innymi  osobami. Słynny rok 68. stał się dla mnie ważny również z drugiego  powodu - podczas protestów studenckich poznałam Olka Labudę (Aleksander Wit Labuda), który ukończył Romanistykę w Poznaniu i jako wybitny absolwent dostał pracę na Uniwersytecie Wrocławskim. Ja protestowałam w Poznaniu, a on we Wrocławiu. W tych dwóch miastach to trochę inaczej wyglądało, bo my organizowaliśmy wiece, a oni okupowali uniwersytet. Wkrótce pobraliśmy się, ukończyłam magisterkę, urodziłam synka Mateusza, a Francuzi zaproponowali mężowi  etat  na Sorbonie. Bezpieka namawiała nas, oczywiście, na współpracę, ale kategorycznie odmówiliśmy i mimo to, ku naszemu zdumieniu,  dostaliśmy paszporty.  Wyjechaliśmy w 1970. roku.

Mąż pracował, a ja studiując na Uniwersytecie Paryskim - Paris VII, świetnej uczelni, zaprzyjaźniłam się z mnóstwem bardzo interesujących ludzi, nie tylko z Francji, ale i różnych zakątków świata, często związanych z lewicowymi i skrajnie lewicowymi ruchami. Tak więc według polskiej prawicy jestem stereotypem - lewaczka związana z trockistami, feministka, antyklerykałka, kosmopolitka. Byłam zachwycona ówczesną Francją - zrewolucjonizowane po Maju 68. uniwersytety, kulminacja kulturowego i politycznego buntu młodzieży. Na ścianach akademików portrety Che Guevary, Herberta Marcuse, gorące dyskusje anarchistów z trockistami, przyjaźnie z urugwajskimi partyzantami Tupamaros, walka o równouprawnienie ludów ciemiężonych przez dyktatury i krwiożerczy kapitalizm, renesans kolorowego feminizmu. Lewica, zwłaszcza skrajna lewica, to było wówczas jedyne środowisko, które interesowało się nami z Europy Wschodniej,  społecznościami żyjącymi pod butem sowieckiego tyrana i to byli jedyni ludzie, którzy zgodzili się przemycać  sprzęt poligraficzny do Polski, nawet później, w stanie wojennym. Wielu moich francuskich lewicowych przyjaciół pomagało polskiej opozycji. Podobnie jak lewicowcy ze Szwecji, Niemiec, Wielkiej Brytanii  czy Włoch.  W historycznej narracji o polskim podziemiu lat 76-89 ten wątek jest prawie zupełnie pomijany. A przecież tak wielu zachodnich lewicowych związkowców nam pomagało, z Force Ouvriere i CFDT.  Mój przyjaciel, były trockista, teraz socjalista, Claude Sardais, gdy był przewodniczącym Związku Hutniczo-Metaluricznego Okręgu Paryskiego dowiedział się o strajku w stoczni w 80. roku, wsiadł w samolot i przyleciał do Gdańska by poprzeć strajk. Jest takie zdjęcie - Lech Wałęsa trzyma garść pieniędzy, a koło niego stoi uśmiechnięty mężczyzna.  To Claude, który przywiózł kilkadziesiąt tysięcy franków na rozwój Solidarności. Nawet się nie przyznał, że to są jego prywatne pieniądze. Kiedy w wolnej Polsce zostałam ministrem, to podziękowałam francuskiej lewicy, także w imieniu prezydenta mojego państwa, za pomoc, jaką nam niosła.

We Francji związałam się również z ruchem feministycznym MLF (Mouvement de Liberation des Femmes), gdzie działałam aż do powrotu do Polski, między innymi w grupie Polityka i Psychoanaliza. Zaś naszymi polskimi kontaktami we Francji byli głównie młodzi żydowscy emigranci wyrzuceni z Polski w 68. roku, związani z francuską lewicą oraz osoby skupione przy piśmie Aneks Alika Smolara. Ponieważ jesteśmy oboje niewierzący, nie mieliśmy kontaktu z konserwatywną Polonią, która wydawała nam się bardzo kościółkowata i zapyziała. Z ludźmi z Kultury Paryskiej spotykaliśmy się głównie w sprawie książek, które szmuglowaliśmy do Polski. Pewnie jestem w skrajnej mniejszości, ale delikatnie mówiąc, nie przepadałam za Giedroyciem, przy całym szacunku dla jego wielkich dokonań. Sprawiał wrażenie osoby protekcjonalnej i nie rozumiejącej  realiów PRL-u.  Strasznie wyrzekał na mało czytelny druk naszych podziemnych pism, nie zdając sobie sprawy, w jakich warunkach powstają, jak trudno jest zdobyć papier, farbę drukarską etc. Jestem jednocześnie bardzo mu  wdzięczna, bo zarówno Giedroyć, jak i Herling-Grudziński wspierali moje krytyczne wypowiedzi na temat nietolerancji i rosnącej wszechwładzy Kościoła w niepodległej Polsce, gdy już byłam posłanką.  

We Francji znalazłam ciekawą pracę, a mąż nadal kontynuował swoją. Mogliśmy zostać w tym pięknym kraju, w którym tak dobrze się czuliśmy, mieliśmy dużo przyjaciół i możliwość rozwoju zawodowego. Oboje byliśmy dwujęzyczni, a nasz synek szybko się zaaklimatyzował. Lecz z powodów - mówiąc górnolotnie - patriotycznych wróciliśmy do Polski, uznając, że jesteśmy bardziej potrzebni naszemu krajowi, w którym trzeba obalać komunę. Do działania często popychało mnie w życiu coś w rodzaju  posłannictwa, czy nakazu moralnego, które każe walczyć i zmieniać świat na lepszy -  to też brzmi górnolotnie, ale, cóż, to prawda. Tak więc wróciliśmy do ojczyzny, do Wrocławia i - doznałam szoku. Tak dużego, że początkowo chciałam natychmiast wyjeżdżać do Paryża. Polska wydała mi się obezwładniająco szara, brudna i zatęchła, a rodacy smutni, zabiegani wokół codziennych, drobnych spraw, marzący o małym fiacie a nie o obalaniu ustroju. Nawiązaliśmy kontakty też z innymi, ze środowiska uczelni czy kiełkującej opozycji, ale była to ledwie garsteczka. Wśród nich był Karol Modzelewski, z którym się zaprzyjaźniliśmy. Kontakty były o tyle łatwiejsze, gdyż po wyjściu z więzienia osiadł we Wrocławiu,.  Ale nawet ci światli i odważni ludzie widzieli potrzebę jedynie politycznych zmian,  nie obyczajowych i mentalnościowych.

Dzięki rozległym kontaktom we Francji przywoziliśmy do Polski „zakazane” książki.  W  1975. zatrzymali mnie i męża na granicy, gdy przemycaliśmy w dwóch wielkich walizach m.in. Kultury Paryskie, tomy Sołżenicyna, książki o rosyjskich dysydentach, o gułagu, analizy politologiczne dotyczące całego bloku państw Europy Wschodniej. Oczywiście zabrali nam te książki oraz zrobili rewizję osobistą, a ja miałam przy sobie list do Adama Michnika od Aleksandra Smolara, który miała odebrać Halina Mikołajska. Na szczęście udało mi się go tak ukryć, że  nie znaleźli.

Po powrocie do kraju zaczęła się ciągła inwigilacja przez bezpiekę, zwłaszcza, że na początku 1975-go mój mąż podpisał słynny list 59-ciu przeciwko kierowniczej roli partii, no i wpadliśmy na lotnisku z tymi walizkami. Mojego męża chciano za to usunąć z uczelni,  lecz w czasie procesu wybroniła go starsza profesura. Bardzo szlachetni ludzie. Gdy w 76. roku  narodziło się tak wspaniałe zjawisko, jakim okazał się KOR (Komitet Obrony Robotników), ja i mój mąż na zebraniu u Staszka Barańczaka, współzałożyciela KOR-u postanowiliśmy, oczywiście, wspierać tę organizację i uczestniczyć w akcjach organizowanych przez KOR. We Wrocławiu powstała mocna grupa KOR-owska - nie mówię, że liczna, bo była nas garstka. Zbieraliśmy i przekazywaliśmy informacje o prześladowanych, zbieraliśmy dla nich pieniądze, organizowaliśmy wydawanie bibuły, kolportowaliśmy Robotnika oraz Biuletyn i w ten sposób zwerbowałam kilka osób z Uniwersytetu Wrocławskiego. Jeden z naszych kolegów uniwersyteckich po lekturze  Biuletynu tak bardzo przejął się losem pewnej kobiety i jej męża robotnika z Radomia, który na komisariacie przeszedł tzw. „ścieżkę zdrowia”, a w celi szereg upokorzeń,  że przekazał im  wszystkie pieniądze, które  miał przy sobie. Było to  2000 zł,  czyli cała asystencka pensja. I ciekawe, jak toczą się ludzkie losy, gdyż potem ten wspaniały człowiek już w wolnej Polsce został prorektorem Uniwersytetu. Rozdawałam bibułę też osobom z „drugiej strony”, jeśli wzbudzali jakieś nadzieje przemiany. Jedną z nich był mąż koleżanki z pracy, adwokat należący do PZPR-u. Ten człowiek również bardzo przeżywał to, czego dowiadywał się z korowskich  Biuletynów i coraz silniej wspierał naszą opozycyjną działalność, aż wreszcie rzucił legitymację partyjną, przystąpił do „Solidarności”, a w stanie wojennym został jednym z najbardziej oddanych obrońców  więźniów politycznych, między innymi  moim.

            Ważną częścią wywrotowej, jeszcze przed sierpniowej pracy było organizowanie spotkań politycznych i edukacyjno-kulturalnych, między innymi w ramach Latającego Uniwersytetu. Toczyliśmy podczas nich wielogodzinne dyskusje o polityce, przyszłości kraju, o kulturze, sztuce i zakazanych książkach  z udziałem często ich autorów lub jakiś innych wyklętych przez władzę intelektualistów oraz politycznych strategów, jak Kuroń, Geremek czy Michnik. Zebrania były na ogół bardzo nieliczne, kilkuosobowe, bo, pamiętajmy, działo się to w czasach zaszczuwania i tępienia jakiejkolwiek wolności działania. Miały one jednak wielki wpływ na nasze myślenie o Polsce i świecie oraz na późniejsze decyzje polityczne. Niektórzy z naszych przyjaciół, zwłaszcza z SKS (Studencki Komitet Solidarności) wyspecjalizowali się w wojażach po Dolnym Śląsku, do  Wałbrzycha (kopalnie węgla brunatnego), do Zagłębia Miedziowego (potężne kopalnie miedzi), by zasiewać tam opozycyjne ziarno i trafiać do środowisk robotniczych. A było to obciążone ogromnym ryzykiem wpadki i odsiadki. Na początku, po powrocie do kraju, nie mieliśmy kontaktów z Kościołem. Dzięki nowym przyjaciołom,  katolikom z  KIK-u, takim jak Teresa Szostek i Maciek Zięba, który  później wstąpił do zakonu czy Rafał Dutkiewicz, który był w podziemiu moim łącznikiem  (w wolnej Polsce prezydent Wrocławia) chodziliśmy na ciekawe opozycyjne spotkania, nazywane „zgęstkami”, odbywające się zarówno w KIK-u, jak i w salkach katechetycznych. Znaczna część  opozycji we Wrocławiu (wydaje mi się, że i w innych miastach) była agnostykami i pięknie udało się  nam wspólnie zbudować twórczą symbiozę  świata katolickiego i laickiego. Część księży pragnęła wprawdzie mieć nad nami kontrolę, ale byli i tacy, którzy okazywali ufność i otwartość. Wiedzieli, że nie chodzimy do kościoła, nie mamy kościelnych ślubów, nie chrzcimy dzieci i nie wysyłamy ich na lekcje katechezy, ale nas nie nawracali.  

W latach 1975 - 1980 udało nam się stworzyć we Wrocławiu silne, choć nieduże środowisko opozycyjne, które żyło w kompletnie innej, odrębnej rzeczywistości,  paralelnej do tego, co działo się w PRL-u. Mieliśmy swoje własne życie polityczne, kulturalne, własne uroczystości, swój zupełnie odmienny styl przeżywania, a nawet noszenia się, ubierania. A przede wszystkim mieliśmy całkowicie odmienne cele polityczne. Nasza działalność przygotowywała nas do zbiorowego protestu, toteż strajki w Lublinie, a potem sierpniowe na wybrzeżu nas nie zaskoczyły tak bardzo, jak innych. Jacek Kuroń, który miał wielką intuicję polityczną  szykował  nas, młodych inteligentów, naukowców i studentów na te wydarzenia wielokrotne powtarzając na długo  przed strajkiem w Lublinie - „nie wyjeżdżajcie na wakacje, bo trzeba będzie pomagać robotnikom, gdy wybuchną strajki”.

            Gdy nastał gorący Sierpień’ 80 szybko włączyliśmy się z mężem w protest robotników we Wrocławiu, w autobusowej Zajezdni VII MPK przy ul. Grabiszyńskiej,  gdzie mieściła się główna siedziba  strajkujących.  Szefem strajku był PZPR-owiec, Jerzy Piotrowski, który potem został wybrany przewodniczącym dolnośląskiej Solidarności, a pół roku później przejął jego miejsce Władek Frasyniuk. Władek zwrócił naszą uwagę jako wybijający się charakterem młody robotnik.

Po Porozumieniu Sierpniowym rzuciliśmy się od razu, jak wiele innych osób, do organizowania związków zawodowych. Do Zajezdni VII i naszej późniejszej siedziby przy Placu Czerwonym, (nomen omen),  zaczęli tłumnie schodzić  się robotnicy różnych zakładów i fabryk, pracownicy urzędów, lekarze, pielęgniarki, nauczyciele. Przydało mi się wówczas doświadczenie z Francji, gdyż  dzięki mojej „wstrętnej skrajnej francuskiej lewicy” mogłam dzielić się wiedzą na temat wolnych związków zawodowych, praw pracowniczych i swobód obywatelskich, słowem tym, czym jest demokracja, trójpodział władzy, wolne wybory, o czym większość ludzi w Polsce nie miała pojęcia. Tak narodziła się pierwsza w kraju wolna, obywatelska, solidarnościowa Wszechnica Związkowa, która z czasem bardzo się rozrosła zatrudniając, jako rzecz jasna, wolontariuszy, wiele tęgich głów z różnych dziedzin - prawa, ekonomii, socjologii, kultury, historii. Druga  powstała w Warszawie, założyli ją Wujcowie, Henio i Ludka.

Początek naszej w sposób naturalny zaistniał już podczas sierpniowych strajków. Inteligenci tacy jak my -  ja, mój mąż, Jasiu Waszkiewicz, Maciek Zięba, jeździliśmy w różne miejsca regionu, nauczając i „oświecając lud”. A z kolei lud też nas oświecał. We Wszechnicy udzielało się 40. wykładowców,  między innymi: prawnik, profesor Leon Kieres, który w latach 2000. był szefem IPN-u, literaturoznawca, profesor Czesław Hernas, który miał wykłady o literaturze emigracyjnej i drugiego obiegu, przyjeżdżał wybitny historyk, profesor Bronek Geremek, no i oczywiście Jacek Kuroń, Adaś Michnik, Karol Modzelewski, Anna Walentynowicz. Jeździliśmy do najbardziej zapyziałych wioch, żeby mówić te wszystkie ważne rzeczy, dzielić się pięknymi planami o Polsce - ale i słuchać oraz dać forum uczestnikom do swobodnej wypowiedzi. To było często bardzo wzruszające, bo ludzie po raz pierwszy w życiu mogli opowiedzieć swoje historie i wyrazić swoje polityczne i osobiste marzenia. Spotkania organizowaliśmy w fabrykach i różnych miejscach na całym Dolnym Śląsku, a przychodziły na nie tłumy, często do tysiąca osób. Oprócz kierowania wszechnicą byłam, bodaj jedyną  kobietą w Solidarności pełniącą aż do stanu wojennego funkcję doradcy politycznego - Janina Staniszkis pełniła ją przez krótki czas w Szczecinie. Działałam też w Komisji Interwencyjnej, miałam wykłady na Uniwersytecie, pisałam  doktorat,  zajmowałam się synem i nie wiem jak to fizycznie oboje z mężem - był wiceprzewodniczącym regionu  - wytrzymaliśmy, w dodatku przy chronicznym braku snu. To było chyba działanie  adrenaliny, entuzjazmu i głębokiej wiary w sens tego, co robiliśmy.

We Wrocławiu, dzięki strajkowi i wspaniałej współpracy inteligencji z robotnikami stworzyła się bardzo silna międzyludzka więź, która scalała społeczeństwo i pozwoliła potem przetrwać  długą, kilkuletnią  noc stanu wojennego. Tylko raz i pewnie ostatni w moim życiu miałam takie poczucie braterstwa, bo przedtem i nawet w okresie Solidarności podziemnej, już nie mówiąc o III RP, takiej wspólnoty i empatii nie doświadczyłam. Uważam, że poczucie takiej więzi, trwające półtora roku, to bardzo dużo dla budowania wiary w ludzkość i wyższe wartości. W podziemiu było już inaczej, nie mogłam być tak ufna wobec ludzi, a wtedy, w Pierwszej Solidarności to było uczucie wszechogarniające. W sensie moralnym i psychologicznym ten Karnawał Solidarności to było coś cudownego. Dołączyła do niego prawie cała wrocławska inteligencja. Pamiętam na przykład profesora Mietka Zlata, wybitnego historyka sztuki, który po prostu zakochał się w tym ruchu. Przychodził na wszystkie możliwe  zebrania, bo, jak powiadał „ nie chcę, by coś ważnego mnie ominęło”, gdzie mówiliśmy sobie po imieniu - dziewiętnastoletni student i profesor byli na ty.  Serce mi rosło, gdy widziałam, że we Wrocławiu bardzo szybko wytworzyła się atmosfera autentycznie wolnościowa i równościowa, którą kocham, której zaznałam wśród francuskiej lewicy.

Ten cudowny czas szybko się skończył i wybuchł stan wojenny. O 23:45 w nocy przyszli do naszego mieszkania i wzięli mojego męża, który był  wiceprzewodniczącym  regionu dolnośląskiej Solidarności  oraz pełnił  funkcję szefa, (czy wice szefa, nie pamiętam), krajowej Komisji Nauki i Oświaty.  Po mnie przyszli dopiero o trzeciej w nocy - aresztowali według różnych list. Nie było już mnie w domu, gdyż  zostawiwszy śpiącego Mateusza pod opieką sąsiadki jeździłam z jej mężem po mieście, by sprawdzić co się dzieje  w siedzibie związku oraz  z naszymi przyjaciółmi i w razie czego ich ostrzec. Większość była już zgarnięta. Natrafiałam na przerażone żony działaczy i szlochające dzieci. Pojechałam też do matki Maćka Zięby z prośbą o zawiadomienia kurii o aresztowaniach. Dotarłam do naszego zarządu na Mazowieckiej i zobaczyłam jak ZOMO wywala na bruk nasz sprzęt drukarski. Na siedzibie jednego z zakładów -  Cuprum wisiał już wielki, bardzo budujący napis: „STRAJK GENERALNY”.

 Wróciłam do domu jeszcze w nocy,  spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy moje i syna,  który  przerażony sytuacją płakał, a ja nie miałam jak go pocieszyć, gdyż nie wiedziałam, co się z nami wszystkimi stanie. Synka odstawiłam do mojej przyjaciółki z Wydziału Romanistyki i poprosiłam ją, żeby się nim zaopiekowała i poszłam na uniwersytet, na moją macierzystą placówką organizować z kolegami i koleżankami strajk. Zastałam tam Bolka Gleichgewichta, profesora matematyki, który  powiedział - „Basia, my tu zrobimy strajk, a ty jedź do zajezdni,  na Siódemkę i zobacz, co się tam dzieje”.  I tak zrobiłam.

Wrocław był jedynym miastem, który napisał i upowszechnił we wszystkich strukturach Związku instrukcję na wypadek stanu wyjątkowego. W czasie kryzysu bydgoskiego, gdy spodziewaliśmy się stanu wojennego bądź wejścia Sowietów, opracowało ją pięć osób: Leon Kieres, mój mąż, Maciek Zięba, ja i jeszcze jedna osoba, której nazwiska nie pamiętam. W instrukcji były między innymi takie punkty:

1. Zabarykadować się w miejscach pracy 2. Ogłosić strajk okupacyjny. 3. Schować sprzęt, pieniądze, urządzenia do łączności itd. Jako jedynemu regionowi też udało się nam ukryć związkowe pieniądze, słynne 80 milionów złotych. Mieliśmy również „zadołowany” sprzęt poligraficzny i pewne środki łączności, bo nie dowierzając komunie nigdy ich nie ujawniliśmy. W każdym zakładzie pracy zalecaliśmy, żeby schowali część składkowych pieniędzy. W zdobyciu i ukrywaniu sprzętu pomagała nam między innymi Solidarność milicjantów. Ten nietypowy związek, jak również Solidarność w wojsku, czy w służbach więziennych,  stworzył  tzw. struktury poziome, powszechnie zwane „Poziomkami”. Mój brat, który w Krakowie był szefem podziemnego radia „S”, Wolna Polska, miał na początku sprzęt „skitrany”, czyli schowany, ukryty, dzięki milicjantom. Nawet w bezpiece zdarzały się osoby sprzyjające Solidarności, np. pułkownik Adam Hodysz z Gdańska, skazany za współpracę z Solidarnością  na 6 lat więzienia. To były bardzo ważne struktury, w których działali niezwykle odważni ludzie, gdyż musieli przeciwstawiać się swojemu kierownictwu, a w stanie wojennym czekały na nich o wiele wyższe kary niż dla zwykłych działaczy. Ich wpływ na szeregi partyjne był bardzo widoczny, co się okazało w 1989. roku, kiedy do Sejmu weszło sporo porządnych ludzi z PZPR, którzy popierali Solidarność i w niej działali. Związki zawodowe na Zachodzie były „Poziomkami” olśnione. Teraz tych  ludzi PiS wrzuca  do jednego worka i odbiera im emerytury za pracę dla komuny.  To niegodziwe.

 

Wracając do pierwszych dni stanu wojennego. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje z Władkiem (Frasyniukiem),  bo przecież był wtedy w Gdańsku na zebraniu Komisji Krajowej.  Odnalazł się dwa dni później i zaczęliśmy organizować strajki okupacyjne w największych fabrykach zgodnie z naszą instrukcją. Razem z Władkiem, Józkiem Piniorem i Piotrkiem Bednarzem, uratowanymi członkami Zarządu Regionu Dolny Śląsk, uczestniczyłam w dwóch  strajkach i byłam świadkiem dwóch pacyfikacji fabryk przez oddziały ZOMO i czołgi,  w Dolmelu i Pafawagu. Po pacyfikacjach nie wróciłam już do domu (dopiero 2 lata później),  ukryłam się dzięki pomocy robotników na przyległych do Pafawagu działkach,  z całą naszą strajkową dokumentacją i zaczęłam budować naszą  pierwszą podziemną siatkę wykorzystując wszechnicowe ogniwa i kontakty. A Władek z Józkiem i z Piotrkiem poszli strajkować do następnych zakładów. Władek później trafił do siedziby arcybiskupa  Gulbinowicza, zaś ja z Józkiem i Piotrkiem ukrywaliśmy się  w różnych miejscach, raz  w jakiejś piwnicy, innym razem na strychu, czy raczej dzwonnicy którejś z kaplic. Zimno tam było jak diabli, bo na dworze panował tęgi mróz. Oczywiście, nie wiedzieliśmy, co w całej Polsce się dzieje, bo nie było żadnej komunikacji. Spacyfikowanie zakładów i uczelni na Dolnym Śląsku zajęło władzom kilka dni. Niektóre trzymały się dość długo, do jednego z nich kobiety, które stanęły na bramie, nie pozwoliły wjechać czołgom. Gdy tylko dotarliśmy do sprzętu poligraficznego, zaczęliśmy drukować pierwsze podziemne ulotki i gazetki. Nie wróciłam do domu, gdyż szukali mnie listem  gończym - mam go nawet, a ściślej chyba jego kopię, z  IPN-u.

Na pierwszym wspólnym spotkaniu, po pacyfikacjach, ustaliliśmy we czwórkę - Władek, Józek, Piotr i ja, czyli uratowani członkowie RKS-u (Regionalnego Komitetu Strajkowego) - plan działania, podział zadań i opracowaliśmy priorytety polityczne. Władek i ja odpowiadaliśmy za  strategię polityczną, budowanie struktur podziemnych, prasę i poligrafię, potem doszło radio, współpraca z innymi regionami i kontakty z zagranicą. Z powodów praktyczno-efektywnościowych ukrywałam się razem z Władkiem aż do naszego aresztowania, w tych samych mieszkaniach, które zmienialiśmy czasem co 2, 3 dni.  Za cały obszar finansowy odpowiedzialny był Józek Pinior, który znakomicie ukrył związkowe 80 milionów. Współtworzył też naszą polityczną strategię. Piotr, który był robotnikiem z Dolmelu był odpowiedzialny  za kontakty z fabrykami. Niestety, wkrótce bardzo poważnie się pochorował. Najbliższymi naszymi współpracownikami byli nasi łącznicy, początkowo moje przyjaciółki z uniwersytetu i studenci z Politechniki. Stopniowo zbudowaliśmy struktury podziemne na całym niemal Dolnym Śląsku. W fabrykach,  biurach, szpitalach, szkołach, urzędach, na uczelniach,  dosłownie  wszędzie. 

Władek, ja i wszyscy nasi najbliżsi współpracownicy byliśmy zwolennikami koncepcji odtworzenia silnej organizacji, na ile w tych warunkach było możliwe, z krajowym przywództwem i władzami regionalnymi opartymi na działaniu licznych, luźno ze sobą powiązanych, ze względów bezpieczeństwa, komórek podstawowych czyli zakładowych. Tego samego zdania było szefostwo odradzających się władz regionalnych w Gdańsku, Krakowie, Poznaniu. Jedynie Zbyszek Bujak miał inny pomysł  - opowiadał się za budowaniem jedynie luźnych komórek organizacyjnych, bez żadnego kierownictwa politycznego szczebla krajowego uważając, iż zmniejsza ono ryzyko rozbicia całego związku poprzez jego ewentualną dekapitację. Udało nam się jednak, wspólnymi siłami, przekonać go do koncepcji „krajówki”. I tak,  o ile się nie mylę, w kwietniu 1982. roku, w cztery miesiące po wprowadzeniu stanu wojennego, w pewnym mieszkaniu, a ściślej willi, w Warszawie odbyło się pierwsze, historyczne, dwudniowe spotkanie nowych krajowych władz „Solidarności” - TKK (Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej). Jego członkami zostali Władek Frasyniuk, Zbyszek Bujak, Bogdan Lis (Gdańsk), Władek Hardek (Kraków). Oczywiście, również byłam na tym spotkaniu, dyskutując, pisząc nasze odezwy i oświadczenia i głosując, podobnie jak moje wspaniałe koleżanki, najbliższe współpracowniczki Zbyszka Bujaka: Ewa Kulik, Helena Łuczywo,  szefowa krajowego organu „S”, Tygodnika Mazowsze i Joanna Szczęsna, dziennikarka w Tygodniku Mazowsze. Opierając się na założeniu, iż nasza podziemna walka potrwa co najmniej 10 lat ustaliliśmy taktykę działania, sposób komunikacji, podział zadań, a przede wszystkim cele polityczne i postulaty Solidarności. Główne trzy postulaty były oczywiste: zniesienie stanu wojennego, uwolnienie wszystkich więźniów politycznych i legalizacja Solidarności .

W podziemiu byłam aż do trzeciego października 1982. roku, kiedy razem z Władkiem zostaliśmy aresztowani. Tego dnia  przyszliśmy na spotkanie z delegacją kilkunastu komórek zakładowych. W pewnym momencie właścicielka mieszkania przerwała nam donosząc, że coś się dzieje na zewnątrz. Spojrzeliśmy przez okno i zobaczyliśmy tłumy ubeków po cywilnemu. Nie mieliśmy wątpliwości, że to po nas. Wyszliśmy osobno, Władek  innymi schodami,  ja innymi.  Jednak esbecja nas zatrzymała.

W czasie przesłuchania wygrażali, że odbiorą mi dziecko, że wyrzucą mnie przez okno z czwartego piętra, szturchali pistoletem w plecy, jednym słowem byli bardzo nabuzowani, agresywni i tryumfujący. Było to w końcu ich wielkie zwycięstwo, za które otrzymali nagrody. Przedstawiono mi dwa rodzaje zarzutów: organizowanie strajków, udział w kierownictwie  podziemia i budowanie nielegalnych struktur związku oraz … szpiegostwo. Tak, uznano mnie za francuskiego szpiega.  Prokurator Kaucz  żądał dla mnie czterech lat więzienia za podziemie i strajki. Ostatecznie dostałam nieprawomocnym jeszcze wyrokiem rok i 6 miesięcy, zaś oskarżenie o szpiegostwo zostało po kilku miesiącach oddalone, bo trafiłam na uczciwego prokuratora wojskowego, który nie uznał mojej „winy”, odmówił podtrzymania tego zarzutu,  za co, zresztą, został wyrzucony z wojska. W przeciwnym razie skończyło by się na siedmiu, ośmiu latach i żadna amnestia by mnie nie objęła. W więzieniu, w Krzywańcu, w zielonogórskim, dokąd mnie przewieziono w czerwcu 83. roku, poznałam super mądrą dziewczynę skazaną za szpiegostwo, która pracowała w ONZ. Dostała 7 lat i odsiedziała cały wyrok. Dzięki wizycie papieża w 1983 roku zarządzono amnestię, która objęła wszystkie kobiety i wyroki do 3 lat. Wyszłam na wolność ostatniego dnia lipca 1983. roku.

Mojego synka widziałam raz w podziemiu i raz na widzeniu. W podziemiu stało się to niespodziewanie, w Krakowie, podczas kolejnego zebrania TKK, na którym debatowaliśmy w kilka osób: Zbyszek Bujak, Bogdan Lis, Władek, ja, Helenka Łuczywo i Włodek Hardek. Byliśmy już strasznie zmęczeni i chłopaki jak to chłopaki, koniecznie chcieli obejrzeć mundial w telewizji. Mnie i Helenkę piłka nożna w ogóle nie obchodziła, więc postanowiłyśmy pójść na spacer. Umówiłam się z moim bratem Jasiem, który również był członkiem podziemia. Mój drugi brat  siedział razem z moim mężem w więzieniu w Załężu. Z Jasiem spotkałam się przy Kopcu Kościuszki i w pewnym momencie zauważyłam chłopca, przypominającego mojego syna: „O, jaki podobny do Mateusza!” - krzyknęłam. - „Bo to jest twój Mateusz” - stwierdził brat. Początkowo nie mogłam uwierzyć, gdyż syn przecież mieszkał w Poznaniu, pod opieką mojej teściowej. Okazało się, że wracając z widzenia z ojcem w więzieniu w Załężu zatrzymał się u mojej rodziny w Krakowie i wybrał się na spacer na Kopiec Kościuszki. Nasze niespodziewane spotkanie zakrawało na cud. Mateusz też miał trudności z rozpoznaniem mnie, gdyż byłam ucharakteryzowana na inną osobę. Zrobiono mi włosy  afro i  ja, która  nigdy nie zakładałam sukienki,  byłam w nią przyodziana. Początkowo kochany dzieciak był w zupełnym szoku, a gdy się wyściskaliśmy, to koniecznie chciał zrobić mi zdjęcie. Nie był to dobry pomysł  (bezpieka nie wiedziała, jak wówczas wyglądam), więc niestety, nie pozwoliłam mu. Przy pożegnaniu dowiedziałam się, że wraca do Poznania, do mojej teściowej,  zupełnie sam. Byłam tym przerażona - mój mały synek w takich okropnych czasach ma sam podróżować w nocy. Wróciłam na zebranie TKK i po raz  pierwszy i jedyny w stanie wojennym zaczęłam płakać, do tego stopnia, że chłopcy nie mogli mnie uspokoić.  W  końcu Zbyszek Bujak powiedział - „Wiesz co Basia, dam ci moją łączniczkę i ona odwiezie twojego syna”. Hardek też zaproponował swoją i już nie pamiętam kto towarzyszył Mateuszowi,  ale przestałam rozpaczać i mogłam skupić się na robocie.

Syn wymazał z pamięci dużo dramatycznych wydarzeń z tego okresu. Raczej zapamiętał zabawne sytuacje, ale w tamtych momentach bardzo przeżywał ciągłe wizyty bezpieki, (raz weszli do mieszkania wywalając drzwi), która nawet go dwa razy przesłuchiwała, po raz pierwszy,  gdy miał 12 lat. O moim aresztowaniu dowiedział się z Wolnej Europy. Zamknął się wtedy w pokoju i nie chciał wyjść. Siedział przy biurku i rysował same straszne rzeczy - tak opowiedziała mi potem teściowa. Tortury, wieszanie, strzelanie. Te rysunki wraz z całą dokumentacją, między innymi, więzienną korespondencją  przekazałam Ossolineum. Później, w liceum, za akcje ulotkowe w szkole został zatrzymany, przesłuchiwany, straszony. Uważam,  że dla wszystkich dzieci opozycjonistów ten okres był wyjątkowo ciężki. Wujcowie mieli syna w tym samym wieku co nasz i Ludka (Ludwika Wujec) chciała wziąć Mateusza na wychowanie, bo moja mama była ciężko chora, a dokładnie rok po moim kolejnym aresztowaniu, w dniu gdy miałam bronić doktorat, zmarła, natomiast teściowa miała syna w więzieniu (mój mąż), synową ściganą przez bezpiekę  i wpadła w ciężką depresję. Zdarzało się też, iż nie opozycyjne dzieci  dokuczały synowi słowami - „skończysz, jak twoi rodzice, w kryminale.” Bałam się o Mateusza i Helenka Łuczywo powiedziała o tym Ludce, która od razu zareagowała.

- Wezmę go do nas, mam jednego syna, to drugi nie zrobi różnicy. Będzie mieszkał w jednym pokoju razem z moim, do czasu, gdy  Basia będzie mogła  się nim zająć.

Już mówiłam o tym w wielu wywiadach, a Ludka potem mnie łaja, żebym przestała ją wychwalać. To świadczy  jednak o tym, jacy wspaniali  potrafili być wtedy niektórzy ludzie.

W więzieniu we Wrocławiu, najpierw w pogestapowskim areszcie śledczym, potem w zakładzie karnym przy Klęczkowskiej  siedziałam  głównie z kryminalistkami, zwanymi tamże złodziejkami.  Raz dali mi do celi, na złość, działaczkę z Solidarności Walczącej, Ankę Birecką, bo uważali, że nasza Solidarność nie znosi tych z Walczącej. Tymczasem bardzo się polubiłyśmy i to wspólne kilkutygodniowe (czy kilkumiesięczne ?) przebywanie dało nam szansę na obgadanie wielu dzielących nas politycznie kwestii. Ania była zdziwiona, że nie jestem taka okropna,  jak jej  mówiono.

- Aniu, w podziemiu nikt nie może być aniołkiem. Bo inaczej nie wytrwasz. Musisz mieć silny charakter i nie możesz oglądać się na drobiazgi - taka była moja odpowiedź.

Pobyt w więzieniu dla wielu kobiet był bardzo trudny. Szczególnie tych, które miały dzieci. Ja zniosłam go w miarę dobrze. Nawet udało mi się  „zdeprawować” niektóre klawiszki (funkcjonariuszki więzienia) tłumacząc o co walczymy i w końcu nie chciały wykonywać na mnie upokarzających czynności, np. rewizji osobistej z zaglądaniem w intymne części ciała. Do mojej celi dawano trudniejsze przypadki. Początkowo możliwe, żeby mi dokuczyć, ale później dlatego, że w innych celach je zadręczano, bito, co stanowiło kłopot dla administracji więzienia, bo zdarzały się samobójstwa i ciężkie okaleczenia lub samookaleczenia. Szczególnie lesbijki były bardzo prześladowane. Na przykład nie wolno im było jeść przy stole, tylko na bardasze, czyli na ubikacji lub wręcz z ubikacji. Więzienie jest po prostu straszne, nie tylko dlatego, że panują tam nieludzkie reguły i jest podłe jedzenia, ale sami więźniowie i klawisze stwarzają sobie piekło. W celi, w której siedziałam, nie pozwalałam na poniżanie kogokolwiek. Uważałam, że wszystkie jedziemy na tym samym wózku i każdej z nas należy się wsparcie dla zachowania godności.

Klawiszki później temu sprzyjały, gdyż miały większy spokój, podobnie jak wychowawczyni,  czterdziestolatka po studiach. Mogłam z nią różne rzeczy załatwić, czyli dodatkową kąpiel dla siebie i innych więźniarek,  jakieś widzenia, żeby częściej mogły zobaczyć dzieci.  O moich decydowała bezpieka i początkowo w ogóle ich nie otrzymywałam.

Po wyjściu z więzienia  znowu zaczęłam działać w podziemiu. Z ciekawostek: w jakiś czas  po wyjściu z więzienia bezpieka wparowała do naszego mieszkania, o szósej rano w dniu, gdy na Uniwersytecie miała odbyć się obrona mojego doktoratu. Chcieli to oczywiście uniemożliwić.  Wyprowadzili mnie z domu ku przerażeniu mojej mamy i syna, zawieźli  na komendę, przetrzymali cały dzień, a w międzyczasie aresztowali też recenzenta mojej pracy naukowej, profesora Geremka, który specjalnie przyjechał z Warszawy. Doktorat był po francusku i dotyczył literatury zbrodni we Francji w wiekach XVIII - XIX. Ponieważ profesor Geremek uznał w recenzji, iż moja „praca jest pionierska, twórcza, oryginalna” (dziękuję Ci Bronku!), bezpieka podczas kilkugodzinnego przesłuchania usiłowała na nim wymusić - bezskutecznie - by wycofał się z tej oceny i nazwał doktorat plagiatem. Potem kilka uczelni na Zachodzie proponowało mi przeprowadzenie u siebie mojego przewodu doktorskiego. Ostatecznie udało się to rok później, we Wrocławiu.

            W 1987 roku postanowiliśmy podjąć ryzyko i działać „na powierzchni”, czyli jawnie. Jako pierwszy region powołaliśmy jawną RKW (Regionalną Komisję Wykonawczą) NSZZ „S”. Trzeba było podnieść poprzeczkę, zmienić jakość politycznego życia, gdyż Solidarność już trochę brnęła w ślepy zaułek,  co jest normalne - po latach trudnej, bezskutecznej zdawałoby się walki  każdy ruch wypala się, a nawet  w jakimś sensie degeneruje. Zaczęło się to wszystko kręcić w kółko, pojawiły się wyniszczające konflikty między różnymi podziemnymi ugrupowaniami, sporo ludzi emigrowało. Do dzisiaj mam to zdjęcie z pierwszego spotkania RKW, było nas dwanaście osób, 9 mężczyzn i 3 kobiety. Nadal odpowiadałam za strategię polityczną i kontakty zagraniczne. Byłam też szefową naszej gazetki „Region”, którą utworzyłam i wydawałam, z grupą świetnych młodych osób, aż do wyborów w czerwcu 89. I tak działaliśmy cały czas nękani, zatrzymywani, podsłuchiwani.  Jako rzeczniczka  RKW współpracowałam na co dzień - i to dosłownie - z Wolną Europą, z BBC, Voice of America oraz mediami francuskimi, nie tylko polskojęzycznymi,  przekazując wszystkie ważne  wiadomości.  Tymczasem nastał rok 1989. 

W czasie Okrągłego Stołu wydawałam z moją grupą specjalny biuletyn zawierający syntezę obrad w komisjach i podkomisjach. Świetnymi „donosicielami” wszystkich szczegółów byli między innymi bracia Kaczyńscy. Do tej pory gdzieś przechowuję kasety z nagraniami ich sprawozdań, kiedy codziennie dzwonili do mnie z Warszawy, po obradach komisji. Na podstawie tych informacji przygotowywaliśmy w zespole, od trzech do siedmiu osób, biuletyn, drukowaliśmy go i rozdawaliśmy w różnych  zakładach pracy.  Część z tych osób  trafiła później do Gazety Wyborczej. Bezpieka oczywiście wiedziała o naszej działalności, ale nadchodziły już nowe czasy.

 

Byłam absolutną zwolenniczką Okrągłego Stołu, gdyż zawsze popierałam drogę  porozumień i pokojowych ruchów. Z jednej i drugiej strony Okrągły Stół miał swoich zwolenników i przeciwników. Dla wielu z aparatu władzy to było coś strasznego, gdyż zostali zapędzeni w kozi róg i musieli się ugiąć. My też byliśmy w trudnej sytuacji, bo jak długo można ciągnąć nielegalny, podziemny związek zawodowy? Bez normalnej możliwości pracy, działań i komunikacji? Bez normalnego życia? W ciągłym napięciu i gotowości do ucieczki?

Podczas obrad Okrągłego Stołu mieliśmy trzy główne cele - zniesienie obostrzeń wprowadzonych przez stan wojenny, uwolnienie więźniów politycznych i legalizację związków. To były podstawowe postulaty, ale te dodatkowe stały się równie ważne. Miały one prowadzić do gospodarczej odbudowy Polski i do wdrożenia w naszym kraju systemu demokracji. Dla mnie takim wspaniałym wzorcem była Hiszpania. Po koszmarnej dyktaturze Franco, o wiele  gorszej od naszej,  potrafili mimo wszystko znaleźć drogę pokojowego dialogu. Przecież tam opozycjoniści byli skazywani nie na trzy, cztery lata, ale na dwadzieścia, byli torturowani i zabijani. A jednak Hiszpanie po śmierci Franco zrobili coś w rodzaju okrągłego stołu i dogadali się ze sobą. Moim zdaniem jest to najlepszy sposób, taki przeskok jakościowy, politycznie i duchowo. W polskim podziemiu były ugrupowania przeciwne pokojowym rozwiązaniom, jak Solidarność Walcząca pod przewodnictwem Kornela Morawieckiego, który miał charyzmę i ludzie za nim szli. Niektórzy z SW opowiadali się wręcz za walką zbrojną. Dla mnie taka perspektywa była nie do przyjęcia. Zawsze uważałam, że nawet rewolucja powinna iść drogą ewolucji. Wymuszenie czegoś  krwawo, na siłę na ogół źle się kończy, staje się zarzewiem konfliktów i krzywd. Wszystko musi przebiegać w sposób świadomy i „dogadany”, przy okrągłych stołach, czy innych mechanizmach dialogu tak, aby ludzie zdążyli zrozumieć potrzebę, ideę i dobrodziejstwo przemian.

Czas stanu wojennego był dla mnie straszny i piękny zarazem. Zobaczyłam dobro, ofiarność i odwagę w wielu ludziach, ale i skrajny oportunizm, egoizm oraz tchórzostwo. Jestem nieskończenie wdzięczna wszystkim, którzy ze mną  walczyli ramię w ramię i tym, którzy nas wspierali. Jestem szczęśliwa,  że mogłam poznać siłę wielkich ideałów, a także doświadczyć wielkich rzeczy, dobrych i złych, bo tym chyba właśnie jest człowieczeństwo.